Jerzy Grzechnik to nadzwyczaj utalentowany polski aktor i wokalista prestiżowego, warszawskiego Teatru Buffo. Jest posiadaczem wielu talentów, stąd, kiedy zaproszono go do programu „Twoja Twarz Brzmi Znajomo”, nie odmówił. W swoich wokalno-aktorskich występach odgrywał role gwiazd światowego formatu, stając się ich wierną kopią zarówno wokalnie jak i wizualnie. Ale to właśnie wcielenie się w Julia Iglesiasa było dla niego wielkim przeżyciem. Przyznaje, że piosenek swego idola słuchał już w dzieciństwie. Przed warszawskim koncertem Julio Iglesiasa miał okazję z nim porozmawiać, i to po hiszpańsku! Spełnił tym samym swoje kolejne marzenie. Zobaczcie jak przebiegła rozmowa! Z Julio Iglesiasem rozmawia Jerzy Grzechnik

Witam serdecznie panie Julio. Przede wszystkim chciałem podziękować za możliwość przeprowadzenia z panem tej bezpośredniej rozmowy. Znam pana od dziecka i pana obecność w polskich mediach za czasów mojego dzieciństwa bez wątpienia przyczyniła się do tego, że sam zacząłem śpiewać.

No proszę! Ty też śpiewasz? A jaką muzykę?

Przede wszystkim występuję w warszawskim teatrze muzycznym Studio Buffo, grając między innymi główną rolę w legendarnym musicalu „Metro”. Chciałem w imieniu organizatora pana koncertu, agencji koncertowej Prestige MJM, zadać kilka pytań.

Świetnie, dawaj!

Przekazując emocje za pośrednictwem muzyki i śpiewu w ciągu ostatnich 50 lat, był i pozostaje pan źródłem inspiracji i sił dla ludzi na całym świecie. Moja siostra słuchała płyty „Tango” podczas swojej ciąży i teraz jej syn jest artystą. Czy śpiew to również rodzaj misji? Co uznaje pan za najważniejsze w swojej profesji?

No coś Ty? (śmiech) Naprawdę syn twojej siostry jest artystą? No proszę! Co jest najważniejsze w mojej profesji? No to przede wszystkim pasja, pasja i pasja. Pasja jest dziś wszystkim. Sprawia, że życie idzie w odpowiednim kierunku. Sam śpiew jest prostą sprawą, wydawanie z siebie dźwięków nie jest trudne, ale nadanie uczuć i pasji tym dźwiękom to już zupełnie inna sprawa. Mieć poczucie wypływających z człowieka emocji i świadomość, że wszystko dzieje się spontanicznie i naturalnie, jest ekstremalnie ważne. A następnie dyscyplina i ciężka praca. Tak naprawdę w pracy na scenie najłatwiejszy jest sam śpiew, a najtrudniejsze jest wszystko to, co go otacza i mu towarzyszy.

Co utrzymuje pana w formie w ciągu tak wielu lat na scenie? Czy ma pan jakiś sekretny przepis na sukces?

Przepis? Nie... Oprócz dyscypliny, to co na przestrzeni lat zawsze najbardziej wpływało na efekty mojej pracy i kształt moich występów, to ludzie. Ich wsparcie, emocje i miłość, którą od nich czuję.

Jest pan jednym z niewielu artystów, którzy śpiewają sercem i finezyjnie operują emocjami. Jak pan się tego nauczył?

Takich rzeczy nie da się nauczyć. Gdyby istniała technika nauki śpiewu sercem, prawdopodobnie cały świat by jej używał. Kiedy słucham Sinatry, uświadamiam sobie wszystko, spływa na mnie magia i cudowność jego przekazu. Natomiast słuchając niektórych innych wokalistów, nie rozumiem nic. Pasja to baza dla wszystkich chcących pracować na scenie. Na pewno kierują się nią ci, którzy pozostają w tym zawodzie przez długie lata. Gdybym sam nie był w stanie wykrzesać z siebie uczuć i emocji, bez wątpienia przestałbym się zajmować śpiewem. Po prostu nie byłbym w stanie tego robić.

Czy tak legendarny i wielki artysta jak pan, który zaśpiewał tysiące koncertów na całym świecie i jest idolem wielu pokoleń, sam ma jakiegoś idola? Czy ktoś pana inspirował na początku drogi artystycznej lub nadal inspiruje?

Inspirują mnie ludzie, którzy są wielcy nie tylko za życia, ale i po śmierci. Inspirują mnie artyści, których muzyka pozostaje z nami na wieczność, tak jak Charles Aznavour i Frank Sinatra, których uwielbiam, Nat King Cole, Elvis Presley. A z żyjących artystów nadal aktywnych zawodowo, bardzo lubię Barbarę Streisand. Spodobałoby mi się z pewnością jak śpiewasz ty!

W tym roku został pan nagrodzony honorową nagrodą Grammy za całokształt twórczości, ale na przestrzeni wielu lat kariery dostał pan dziesiątki innych nagród. Które wyróżnienie jest panu szczególnie bliskie?

Najbliższa memu sercu jest sytuacja, gdy wychodząc na scenę i śpiewając z zaangażowaniem, widzę przed sobą publiczność. Ludzie i ich obecność są dla mnie największą nagrodą. Oczywiście honorowe Grammy za całokształt twórczości jest o tyle istotnym wyróżnieniem, że nie dają go zbyt często - w zasadzie nie dają go nigdy. Co nie zmienia faktu, że to słuchacze są dla mnie bezwzględnie najważniejsi.

Jaka jest pana opinia o dzisiejszym show businessie? Co się zmieniło od czasów gdy zaczynał pan swoją karierę?

To co najbardziej się zmieniło to tak zwany „look”, czyli wygląd i image artystów, zmieniła się baza rytmiczna utworów, pojawiło się dużo harmonicznych zawirowań, innymi słowy - dysharmonia w harmonii, lekkie i powierzchowne teksty, niespójne i niezbyt głębokie oraz bardzo mało czasu poświęconego na produkcję utworów, co idzie w parze z szybkością znikania tych utworów z pamięci słuchaczy. Gdy ja tworzyłem moje piosenki, poświęcałem na nie zawsze dużo czasu, myśląc, zastanawiając się i próbując nadać im ostateczny, klasyczny styl. To zawsze przychodziło mi naturalnie i ewidentnie do dziś się nie zmieniło.

Czy towarzyszy panu stres podczas występów, czy ma pan jakieś obawy, gdy wychodzi Pan na scenę?

Strach? Nieeee, już dawno skończył się strach i wszelkie obawy. Strach jest koszmarem dla wokalisty. Ja zupełnie odwrotnie, wręcz czuję ekscytację - jakbym miał uprawiać miłość z pięcioma lub dziesięcioma tysiącami osób na raz, ale bez niebezpieczeństwa ciąży (śmiech). Kiedyś, jak miałem 25 lat, odczuwałem strach do tego stopnia, że bolał mnie żołądek przed wyjściem na scenę, ale to już dawno się skończyło - teraz ogarnia mnie wyłącznie ogromna radość.

W jednym z wywiadów, na które natrafiłem, mówił pan, że nie należy konkurować ze swoimi dziećmi. Absolutnie to rozumiem, ponieważ sam jestem ojcem, ale chciałbym wiedzieć czy znając doskonale tę branżę, jej jasne i ciemne strony, był pan zadowolony gdy synowie również wybrali scenę?

Takie jest życie, sam to do pewnego stopnia sprowokowałem. Mój syn Enrique jest mistrzem, Julio Junior też śpiewa, moje córki bliźniaczki zadebiutowały kilka dni temu. Mam rodzinę pełną artystów. Całkowicie to akceptuję. Myślę, że mój pra pra pra dziadek też był artystą. To na podobnej zasadzie jak w przypadku twojej siostry słuchającej mojej płyty w ciąży i rodzącej artystę. To nosi się we krwi i jest w powietrzu.

Zawód rzucał pana w najdalsze zakątki świata. Które miejsce okazało się być wyjątkowe? Gdzie, oprócz Hiszpanii czuje się pan jak w domu?

Czuję się jak w domu, gdy idę nad morze, zanurzam się w wodzie i sól z jodem obmywają moje ciało. To jest mój dom, z którego czerpię siłę. Ze słońca, jodu i słonej wody. One są źródłem mojego pożywienia, dzięki nim się regeneruję. Natomiast miejscem, które sprawia, że żyję najintensywniej i najgłębiej nie jest jedna okolica, ale cały zbiór miejsc, w których koncertuję. Krótko mówiąc, najmocniej żyję tam, gdzie mam okazję śpiewać.

Nagrywał pan piosenki w wielu językach, czy próbował pan kiedykolwiek śpiewać po polsku? Czy język polski wydaje się panu łatwy?

Nieee. Polski język jest bardzo trudny. Próbowałem powiedzieć kilka słów po polsku i mogę stwierdzić, że naprawdę jest bardzo trudny. Problem polega na tym, że nie miałem narzeczonej Polki. Gdybym ją miał, na pewno próbowałbym śpiewać po polsku (śmiech).

Nagrał pan piosenki w czternastu językach, więc być może polski jako piętnasty nie byłby już taki trudny.

No być może nie, ale w tym momencie jednak nie wydaje mi się łatwy.

Czy ma pan jakąś radę dla wokalistów, którzy robią pierwsze kroki na rynku muzycznym?

Rady są bardzo często niewiele warte, gdy sam przykład działania nie jest jasny. Tak naprawdę jedyną radą, jaką można dać jest konkretna postawa. Wokalista, który nie ma swojego, osobistego stylu, który nie ma żelaznej dyscypliny i nie ma bezwzględnej, wylewającej się z niego pasji i emocji niemal przyprawiających o szaleństwo, a tylko i wyłącznie śpiewa, niech lepiej przestanie to robić. Ponieważ jeśli z samego artysty nie wypływają emocje, nie wywoła ich w żadnym słuchaczu.

Zachowam te słowa w sercu przez resztę mojej drogi zawodowej. Dziękuję ogromnie za tę rozmowę, Panie Julio i życzę szczęścia, zdrowia, miłości oraz wyjątkowych wrażeń podczas koncertu w Polsce.

Dziękuję. Mam nadzieję, że się tam zobaczymy i uściski dla organizatora oraz całusy dla całej twojej rodziny.

*

Koncert Julia Iglesiasa odbędzie się 18 czerwca w hali COS Torwar w Warszawie. Bilety są dostępne za pośrednictwem strony www.prestigemjm.com.